Cześć! Zanim zabierzecie się do czytania – przygotujcie sobie kawę, herbatę, rozsiądźcie się wygodnie w fotelach, bo będzie długo. Ale to długo będzie ciekawe i okraszone fajnymi fotografiami. Zapraszam na spacer!

Instagram łączy ludzi – spacer po Niemczech

To może zabrzmi trochę jak typowa historia ze słabego polskiego filmu o osobach, które poznały się przez Internet. Trudno, wybaczcie mi 🙂 Mogę jedynie obiecać, że nie będzie to Sala samobójców.

Mam konto na Instagramie na które wrzucam prawie codziennie nowe zdjęcia, co jest dla mnie swego rodzaju motywacją do dalszej pracy, jak i możliwością wyrażenia samego siebie. Co może nawet ważniejsze to obserwuję tam wielu inspirujących ludzi, którzy dzielą się swoją pasją, niesamowitymi zdjęciami i historiami. Jedną z takich osób jest Piotr Nykowski.

Piotrek jest utalentowanym i nagradzanym fotografem pracującym przy teatrze a do tego prowadzi bloga, gdzie opisuje m. in. swoje spacery po okolicy Szczecina. Czytałem jego posty i obserwowałem jego profil od dłuższego czasu, nie raz mówiąc do siebie “ale sztos, chciałbym robić takie zdjęcia”. Kiedyś napisałem pod jednym ze zdjęć komentarz i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy rozmowę na Instagramie właśnie. Można więc powiedzieć, że poznaliśmy się “w sieci”.

Planowany spontan na spacer

Zgadaliśmy się na sobotnie popołudnie, gdzie w piątek wieczór dyskutowaliśmy jeszcze o pomysłach i nie wiedzieliśmy do końca dokąd pojedziemy i jaki sprzęt zabierzemy ze sobą. Piotrek zaproponował wyprawę w wersji ‘travel light’, co nie jest w moim przypadku jakimś wielkim problemem, bo nie mam dużej i ciężkiej lustrzanki, tylko dość mały aparat. Ale i tak wyszło jak wyszło – ze sprzętu foto spakowałem:

  • aż trzy obiektywy: ultraszeroki kąt 7,5mm, zoom 14-42mm i chińską klasyczną 25mm (której wcześniej nie testowałem, a która jak się później okazało, uratowała mi życie)
  • mini statyw
  • filtry
  • kanapkę 😉

Piotrkowi też to travel light tak średnio wyszło, bo spakował dwa aparaty, dwa obiektywy, mały statyw i… drona! Na tego ostatniego bardzo się ucieszyłem, bo nigdy wcześniej takiego cudeńka na żywo w akcji nie widziałem, a tym bardziej nie miałem okazji pilotować.

Ahoj przygodo!

Lekko pochmurna sobota, 14:30.

Robię kanapkę i przygotowuję kawę na wynos, bez której nawet nie myślę ruszać w plener na spacer. Kubek termiczny z napojem uzbrojonym w kofeinę stał się dla mnie ostatnio nieodłącznym elementem zestawu fotograficznego. Raz jeszcze sprawdzam czy wszystko spakowałem, bo później nie będzie zmiłuj się i powrotów po kilkadziesiąt km-ów.

Zakładam plecak, łapię klucze, telefon i wychodzę z domu. Jedną ręką piszę smsa, że ja już w drodze i widzimy się za kilkanaście minut. Zaparkowałem pod blokiem przyglądając się otaczającej mnie blokowiskowej zabudowie i kroplom spływającym po przedniej szybie samochodu. Czekałem na Piotrka, który miał pojawić się chwilę później.

deszcz na szybie

Samoistny uśmiech, przywitanie, podanie rąk, chwila rozmowy i wiedziałem już, że najbliższe godziny będą naprawdę fajne. Bez zbędnego czekania ruszyliśmy w kierunku naszej pierwszej miejscówki – Rieth, położonej niecałe 50km od Szczecina, po niemieckiej stronie Zalewu Szczecińskiego. Droga za niemiecką granicę minęła nam na fajnych i ciekawych rozmowach o fotografii, pracy, teatrze i po prostu życiu. Ekstra.

Zanim się spostrzegliśmy byliśmy już u zachodnich sąsiadów i trafiliśmy na pierwszy ciekawy punkt – opuszczony budynek, który z dość dużą dozą prawdopodobieństwa grozi zawaleniem się na nasze głowy. Wchodzimy. W środku walające się dziwne przedmioty, których przeznaczenia momentami nie byłem nawet w stanie rozszyfrować. Jaka jest historia tego domu? Kto tutaj mieszkał? Robię zdjęcia i ostrożnie przechodzę do kolejnych pomieszczeń mocno zważając na stan budynku. Robi się co raz goręcej, a gdzieś zza ściany i siatki ogrodowej dobiega szczekanie psa.

Czy ktoś zamawiał burzę?

Po krótkim zlustrowaniu budynku uchodzimy jednak z życiem i w okolicznościach pełnego słońca wsiadamy powrotem do samochodu. Na horyzoncie widzimy jednak dość szybko kłębiące się ciemne chmury i ścianę deszczu kierującą się w naszą stronę. Tymczasem przed sobą mamy parę tysięcy metrów po kocich łbach i nie mogąc rozwinąć prędkości większej niż 20km/h możemy być pewni, że za kilka minut spotkamy się gdzieś po drodze z nimbostratusami.

droga w lesie spacer

Skoda Fabia 3 deska rozdzielcza

Zatrzymaliśmy się przy stadninie koni położonej po środku niczego, a niebo wyglądało co raz mniej pewnie. W zasadzie to jakiś ułamek chwili po tym, jak wysiedliśmy z auta, zaczęły spadać z nieba pierwsze nieśmiałe krople deszczu. Idziemy na razie jednak poznawać okolicę, każdy w trochę inną, swoją stronę. Po prawej widzę zabudowania, naciskam spust migawki i wydobywa się pstryk – to dźwięk, który uwielbiam i od którego jestem uzależniony.

kwiaty przy polnej drodze spacer

stadnina koni spacer

spacer niemcy

Deszcz to szczęście

Tymczasem właśnie zaczęła się ulewa i kierując się do auta zacząłem szukać Piotrka, którego nigdzie nie widziałem od 5 minut. Schowałem aparat pod koszulkę, która w trybie ekspresowym zaczęła przemakać od wielkich kropel H2O, które powróciły w końcu na ziemię po dwóch tygodniach suszy. Czyste szczęście!

Postanawiam nie chować się w samochodzie, tylko uwiecznić to rzadkie ostatnio zjawisko atmosferyczne, choć wiedziałem, że mój aparat i obiektyw nie są wodoszczelne. Za kilkanaście minut miałem doświadczyć tego dość boleśnie, ale na tamten moment skrupulatnie przecierałem co chwilę sprzęt resztkami suchej koszulki. Schowałem się w końcu pod wiatą czekając na przejście ulewy, pojawienie się Piotrka i możliwość wspólnego wypicia kawy. Tak, Piotrek też jest fanatykiem czarnego napoju 🙂

deszcz polna droga spacer

spacer letni deszcz

spacer polna droga natura

spacer polna droga natura

Daniel Lamotte spacer

To przemoknięty ja. Zdjęcie dzięki uprzejmości Piotrka (www.nykowski-spaceruje.pl)

kubek termiczny kawa

Las

Szczęśliwi, bo mokrzy i schłodzeni deszczem, posileni i napojeni kawą, odpaliliśmy samochód i ruszyliśmy przed siebie. W pewnym momencie dotarło do mnie, co dzieje się za szybą samochodu. Dział się las. Las po deszczu, parujący, pięknie oświetlony, krople wody spływające po trawie i mająca miejsce magia. Tutaj nie potrzeba słów, spójrzcie sami.

spacer po lesie

spacer po lesie

spacer po lesie

spacer po lesie

spacer po lesie

jabłka w lesie spacer

Nigdy nie wiesz, kiedy życie postawi Ci wyzwanie

Na początku spaceru po lesie zorientowałem się, że przez deszcz, soczewka w moim głównym obiektywie zaparowała i nie da rady zrobić nim ostrego zdjęcia. W zastępstwie miałem do wyboru albo bardzo szeroki kąt albo klasyczne 25mm, którego nigdy wcześniej tak naprawdę nie testowałem.

Postawiłem na drugą opcję, czyli manualny Fujian 25mm f/1.4, który ma chyba wszelkie możliwe wady optyczne, na czele z ogromną winietą, ale daje bardzo ciekawe rozmycie tła. Większość obrazków powyżej została wykonana właśnie tym obiektywem. Nie powiem,  jestem bardzo zadowolony, że w końcu nauczyłem się z niego korzystać, bo ma w sobie coś zjawiskowego. Zresztą manualne ustawianie ostrości i przysłony daje sporo radości, a później tylko pstryk.

Rieth

W końcu dojechaliśmy do pierwszego, prawdziwie zaplanowanego punktu naszej wyprawy. Wspominałem już, że to był taki trochę planowany spontan? W Rieth trafiliśmy na klimatyczną, ale niestety zamkniętą już kawiarnię. Trafiliśmy też na starego Opla, kościół, dworek po którym zostaliśmy oprowadzeni przez tamtejszego architekta krajobrazu i przystań z widokiem na Stare Warpno. Ale spotkaliśmy też Karolinę z mężem i dziećmi, która poleciła Piotrkowi tę miejscowość przez… zgadliście, Instagrama. A spotkanie? Cały w tym urok, że w ogóle nie było zaplanowane!

Rieth Niemcy spacer  pies w Rieth Niemcy spacer

stary opel Rieth Niemcy

stary opel Rieth Niemcy

Rieth Niemcy spacer

Rieth Niemcy spacer

Rieth Niemcy spacer

Rieth Niemcy spacer

Rieth Niemcy spacer

Rieth Niemcy spacer

Jest z nami pilot?

Na zegarze było już po 19:00, więc postanowiliśmy ruszać dalej w stronę Koblentz. Problem był taki, że na niemieckiej wsi zasięg internetu to co najwyżej EDGE i 15kB/s. Pojechaliśmy więc trochę na czuja licząc, że nawigacja w pewnym momencie zacznie działać. Trochę się zgubiliśmy i błądziliśmy, ale ponoć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jadąc w porywach 70km/h mijał nam za oknem prawdziwie wiejski klimat. Pola, snopy siana, opuszczone stodoły, traktory, konie i krowy. Jakby było mało to spotkaliśmy jedno z moich ulubionych dziko żyjących zwierząt – lisa, widzieliśmy bociany, sarnę, myszołowa i strasznie się jaram – lataliśmy nawet dronem, by znaleźć dalszą drogę.

Żeby jednak nie było tak sielsko to jest jeszcze jedna rzecz o której chcę Wam wspomnieć – trafiliśmy na niemieckie dzieci, które myślałem, że wskazują nam drogę którą najlepiej jechać. To byłoby miłe. Chwilę później mega zdziwiony Piotrek mnie uświadomił, że to jednak było hitlerowskie pozdrowienie. Nie chciałem i nie mogłem uwierzyć, że w obecnych czasach dochodzi do takich sytuacji, w dodatku z wykonaniu dzieciaków. Prawdziwa łyżka dziegciu.

lis spacer niemcy

bociany spacer niemcy

niemiecka wieś spacer

Skoda Fabia 3 hatchback black edition

wieś spacer niemcy

wieś spacer niemcy

kontroler do drona

DJI mavic 3

Walka z czasem, godzina 20:00.

Wiedzieliśmy, że zachody nie mają już miejsca o 21:30, ani nawet pół godziny wcześniej. Nasz deadline to realnie była okolica 20:30. Zupełnie jak w korpo, gdy gonisz za uciekającym czasem, projekty i KPI jeszcze niezrealizowane i wciąż walają ci się jakieś kłody pod nogami. U nas nie było kłód, ale brak internetu, nawigacji i kilkukilometrowa droga nie pozwalająca solidnie się rozpędzić w stronę naszego ostatniego punktu – jeziora w Koblentz i rysowała się przed nami perspektywa straconego zachodu słońca.

Ale spokojnie, nie martwcie się, bo na szczęście jestem doświadczony w walce z dedlajnami, więc zdążyliśmy nawet objechać Koblentz z jednej i z drugiej strony, szukając jak najlepszego punktu do obserwacji zachodu. Sama miejscowość jest bardzo dziwna, bo są tam bodajże dwa bloki, kilka domków, jezioro, cmentarz i mauzoleum. Dla mnie klimat trochę jak z The Walking Dead.

Może jak część z Was wie, nie robię zbyt często zdjęć portretowych. Wynika to po części z tego, że mam blokadę przed robieniem zdjęć obcym, a moi znajomi nie są jakoś zbyt chętni do pozowania przed aparatem. Byłem jednak w plenerze z fotografem, który robi zdjęcia w teatrze. Gdy Piotrek był w połowie kładki prowadzącej nad jezioro, rzuciłem do niego by się zatrzymał. Pstryk.

spacer jezioro koblentz niemcy

spacer jezioro koblentz niemcy

Zachód słońca

Zanim zdążyłem dobrze sprawdzić czy zdjęcie się udało, Piotrek zawołał bym się pośpieszył. Było na co.

spacer jezioro koblentz niemcy

jezioro koblentz niemcy

jezioro koblentz niemcy

Wcześniej myśleliśmy, że zachód słońca jest już naprawdę stracony. Będąc tam na miejscu i widząc to, co Wy widzicie teraz, ale na żywo, myśleliśmy sobie “o kurde, ale trafiliśmy”. W takich momentach dużo problemów życia codziennego odchodzi na dalszy plan, zostajesz tylko Ty, natura i cieszenie się chwilą.

Mauzoleum w Koblentz

Nie chcąc jeszcze kończyć naszej wyprawy, przypomniałem sobie o mauzoleum rodziny Eickstedt. Przeczytałem o nim gdzieś w internecie przygotowując się do pleneru i uznając, że będzie to świetne miejsce na ciekawe kadry. Fakt, wyobrażałem sobie, że będę robić zdjęcia w zupełnie innym świetle. Trzeba sobie jednak radzić i wpadliśmy na pomysł, by oświetlić miejsce latarkami smartfonów. Do takiego typu fotografii potrzebowaliśmy długiego naświetlania, statywu i odrobiny cierpliwości. Wyszło o tak:

mauzoleum koblentz niemcy

Każdy dzień się kończy

Tak jak i spacer 😉 Jeśli wytrwaliście aż do końca, to szczera piątka. Tak samo piątka i ogromne podziękowania dla Piotrka, który jest bardzo interesującą osobą i świetnym fotografem. Rzadko mi się to zdarza podczas poznawania kogoś nowego, ale czułem się swobodnie, mogąc po prostu pogadać na interesujące tematy, wymienić się doświadczeniami i historiami z życia. A te przecież są unikalne w skali mikroświata – każdego z nas.

Dochodzę też do wniosku, że media społecznościowe na które tak często narzekamy, które zabierają nam czas i chęci do spotykania się, mogą działać w przeciwną stronę – można przecież robić razem coś fajnego i dobrego. Poznałem tak przecież mojego towarzysza dzisiejszej historii, jak i wiele innych osób, które są do dziś moimi dobrymi znajomymi. Pamiętajmy, to od nas zależy jak wykorzystamy Internet i portale społecznościowe.

Z tym chcę Was zostawić. Mam nadzieję, że miło się czytało tę długą relację z naszej wyprawy i kto wie, może odwiedzicie miejsca, które i my odwiedziliśmy? Pamiętajcie zerknąć na stronę Piotrka, który już jakiś czas temu wrzucił relację na swojego bloga. Może kiedyś będzie nam dane pospacerować wspólnie kolejny raz, fajnie by było.

Pamiętajcie też dać znać jak się podobała taka forma wpisu i co myślicie o zdjęciach i miejscach, które odwiedziliśmy. Podobało się? 🙂

Trzymajcie się,

Daniel

PS. polubmy się też na FB 🙂