Spaceruję, by nie oszaleć. Spaceruję, by podziwiać, by zachwycać się przyrodą i odpocząć. Kilka kilometrów w nogach, kilkanaście samochodem – tyle wystarczy, by przywrócić swój umysł do zdrowego stanu i balansu. Radziłem Wam ostatnio jak radzić sobie z brakiem wakacji – spacery to jeden z moich sposobów, który podpatrzyłem i zaczerpnąłem od znajomej mi osoby. Wy możecie zaczerpnąć go ode mnie. Chodźmy na spacer!

Oczyścić głowę

Jest popołudnie, niedziela. Siedzę w domu od piątku wieczór, nie wychylając nosa z mieszkania, nawet po zakupy. Czuję, że za chwilę zwariuję i że muszę jakoś odpocząć od pracy, komputera, obrabiania zdjęć, swoich projektów. Słowem – wszystkiego. Czasem tak jest, że nawarstwi się zbyt dużo rzeczy na głowie – mamy zbyt dużo myśli, zastanawiając się nad tym co było i nad tym, co będzie. Dlatego potrzebuję wyciszenia, doświadczenia spokoju, pauzy, wyjścia na spacer.

Powrót do przygranicznych Niemiec

Spontanicznie otwieram nową kartę w przeglądarce i sprawdzam co jest w okolicy – pada na wyprawę do przygranicznego niemieckiego Bismarka, gdzie kiedyś jeździłem na longboardzie. Finalnie jednak wcale tam nie docieram, bo kilkaset metrów przed tą miejscowością zobaczyłem drogę, która mnie zaciekawiła. Skręcam i wybieram to, co nieznane. Tak zaczyna się moja kolejna niemiecka przygoda – ale w przeciwieństwie do ostatniego spaceru, tym razem jestem tylko ja sam i mój aparat.

Trafiam na drogę z drzewami po obu jej stronach, prowadzą one do niemieckiej wsi Gellin. Zatrzymuję się na poboczu i oglądam pola, tak po prostu. Cieszę się chwilą, słońcem, kolorami końca lata a początku jesieni.

Mała, niemiecka Toskania

Jadę powoli dalej i przyglądam się okolicy. Trafiam w końcu na wiejskie zabudowania, przyrządy i maszyny do zbioru upraw. Robię kilka zdjęć i słyszę to dobiegające z aparatu moje ulubione – pstryk. Dookoła cisza i tylko gdzieś w oddali słyszę ptaki, dlatego kieruję się w tamtą stronę, by ostatecznie trafić na najfajniejszą część tego spaceru. Pastwisko koni, opuszczony punkt obserwacyjny na wzniesieniu i najlepsze – małą niemiecką Toskanię 😉

Błądząc

Gdy słońce powoli zaczyna chować się za horyzontem, ruszam w drogę. Błądzę bez map i GPS – “na czuja”, które mało kiedy mnie zawodzi. Znajduję tak ławkę z widokiem na zachód słońca, po środku niczego. Znajduję małe pastwisko owiec i kościółek we wsiach Schmagerow i Wilhelmshof. A gdy już powoli zaczyna zapadać zmrok i myślę, że przecież już nie może być lepiej, zostaję wyprowadzony z błędu. Nawet jadąc samochodem słyszałem “muuu”, a to nie może oznaczać nic innego, jak pastwiska krów. W poświacie kończącego się dnia. Najlepiej!

Zachwyć się!

Dlatego mam dla Was propozyję.

Wyjdźcie z domu, pojedźcie gdzieś na spacer.

Zachwyćcie się małymi rzeczami.

Zachwyćcie się promieniami słońca przebijającymi przez liście.

Błękitnym niebem, chmurami.

Podziwiajcie pola o zachodzie słońca.

Zróbcie zdjęcie koniowi.

Pogadajcie z krowami.

Uśmiechnijcie się do siebie na widok owcy i niech przypomni się Wam ten słynny odcinek Familiady.

Wróćcie do domu szczęśliwi i z czystą głową.

PS. Mam nadzieję, że się Wam podobało. Koniecznie dajcie znać co myślicie o zdjęciach i wpisie! 🙂

Trzymajcie się,

Daniel